O mnie

Jestem Skazana. Me losy znaczone są górami.

Jeśli człowiek już od najmłodszych swych lat, nie idzie pospolitą drogą młodzieńczego życia, zaczyna coraz silnej odstępować od powszedniości, rodzi to domysły, że wchodzi tu w grę sprawa jakiś większych miłości lub zamiłowań.

Od dziecinnych lat odczuwałam silną brać z przyrodą, a wokoło patrzyłam przez pryzmat barw i światłocieni. W zewnętrznej formie przypominałam każde typowe dziecko, lecz wewnątrz towarzyszyło mi poczucie inności, fantazji, nieschematyczności. Miałam malować obrazki na plastykę farbkami plakatowymi, a na tych obrazkach najpewniej znaleźć powinno się to, do czego nawoływał temat, a nie, co naprawdę chciałam malować.
Przestałam odnosić prace i zarobiłam kilka jedynek. Bardzo się z tego cieszyłam i – jak pamięcią sięgam – nadal cieszę. Dla mnie, dobrej uczennicy, było to bardzo słodkie faux pas. Ostatecznie zawsze na semestr z plastyki dostawałam 6 – za brak aktywności i zainteresowania tematyką lekcji, jak mniemam.
Popołudniami z umiłowaniem budowałam szałasy, tamy na rzece i drewniane schrony na drzewach, do których wymyślałam różne drogi dostania się; drabinki, liny, huśtawki, zjeżdżalnie, amatorskie tyrolki. Lubiłam samotnie przebywać w zagajniku, obserwować zachody słońca, pisać wiersze.
Mogłam być lobbystą, społecznikiem, kryminologiem, cukiernikiem, złodziejem, wstąpić do zakonu, albo zarzynać zwierzęta w ubojni. Jestem Skazana.

Wychowywałam się w znamiennym domu. Matula, czytająca wieczorami książki, blask ognia pod piecem kaflowym, zapach pieczonych ziemniaków i widok starego lanszaftu na popielatej ścianie pracowni – to piękne wspomnienie ocalało mnie przez wszystkie lata wewnętrznych deliberacji. Żyłyśmy przy sztalugach ojca, pachnąc terpentyną, dotykając faktury blejtramów, obserwując światłocienie odbite w jego oczach. To tu zakwitały me pierwsze wizje, porywy, a nade wszystko zamiłowanie sztuką i naturą. Już w wieku pięciu lat sięgnęłam po farby olejne, terpentynę, werniks i blejtram, stare prześcieradło, które ojczulek naciągnął i zagruntował. Tak powstał mój pierwszy obraz. Lubiłam operowanie ołówkiem i węglem drzewnym. Często szkicowałam ludzkie twarze i dłonie. Od zawsze mnie fascynowały. Wśród wielu, była twarz przyjaciółki, z którą łączyła mnie szczególna, siostrzana więź. Razem prowadziłyśmy pamiętniki, dzienniki, aż wreszcie pierwsze dedykowane zeszyty z wierszami. Zmarła.

Dorosłam śpiesznie. Szybko odeszłam od roli córeczki, stając się córką, od roli towarzyszki, stając się przychodniem, od roli piewcy, stając się odkrywcą.

Wówczas dominującym w moim życiu żywiołem zdawała się być woda, mimo, iż rodzice zawsze powtarzali:  ‘’Nie ma piękniejszego widoku od gór.’’  To oni zabrali mnie w Tatry. Nie znali ich topografii i charakteru – w całym swym życiu byli zaledwie w rejonach regli, przełęczy pod Giewontem, Sarniej Skały i Morskiego Oka – ale marzyli, by mi pokazać, jak fenomenalny jest krajobraz gór.

Zobaczyłam na własne oczy rząd szczytów Mięguszowieckich. Strzelisty. Potężny. Mamiący. Wydęte granie. Zaciśnięcie gardziele. Obrzmiałość. Pęknięcia. Uskoki. Piony.  To niezwykłe wrażenie. Pamiętam je do dziś. Ujrzenie Tatr było decydujące w moim życiu. Na tyle decydujące, że nie potrafiłam ich zapomnieć, przeczuwając niezwykłą, magnetyczną siłę gór.

Po paru latach, za sprawą polonistki, wybraliśmy się na wycieczkę. Dokuczał mi lęk wysokości. Mieliśmy do pokonania proste trasy reglowe, a finalnie wejście na Sarnią Skałę. Niby nic, a dla dzieciaka z lękiem – możecie wyobrazić sobie – to był wyczyn.
Ostatnia, ale wychodzę. Madzia robi zdjęcie Kasi z Grzesiem. Kasia Madzi z brudnym butem. Adam z Mariolą na barana. A Tobie Justynko, z kim zrobić zdjęcie? – Z Giewontem.

Z biegiem czasu zrodził się zamysł, by ujrzeć Tatry zimą. Miał to być pierwszy samodzielny wojaż ze znajomymi, na który zezwolili rodzice, dlatego tylko, że przekonani byli, iż będę zwiedzać Zakopane. Całe wieczory spędzałam na czytaniu książek tematycznych i map, przygotowałam plan wycieczek, kupiłam najtańsze zimowe buty.
Celem był Kasprowy Wierch przez Kalatówki. Chmary śniegu, porywisty wiatr, szybko zapadający zmrok; góra nie wpuściła nas. Jednak nazajutrz podjęliśmy kolejną próbę. Wtedy po raz pierwszy ujrzałam zachód słońca w zimowych Tatrach. Tylko kompanom tej wyprawy entuzjazmu było dziwnie brak. Góry nie spodobały im się, nie współodczuwali, dziwili się, że z namiętnością patrzę w niedościgłą dal horyzontu, snując marzenia, których nie miałam.

Innym razem. Czarny Staw pod Rysami. Wyczerpaną i wyziębioną koleżankę sprowadza grupa taterników, schodząca zlodowaciałą Rysą.  Pachną skałą, wysokością, mrozem, przestrzenią. Mają w sobie wolność i wytrwałość. Podziwiam, jak niestrudzenie wyglądają w swym zmaganiu.
Najbardziej w tamtej chwili zastanawiało mnie, czego doświadczyli, i co ujrzeli ze szczytu wielkiej góry… ?

To dzieje się tak nagle. Fascynacja. Upór. Poświęcenie jedynej słusznej mądrości – wyborowi własnej drogi.

Niedługo światła w oczy, otwiera się kurtyna. Akt III. Gawiedź, wystrojona i dostojna, przebiera nogami po chodnikach. Czegoś ode mnie chcą. Zaraz złożą mi życzenia. Ale ja, proszę państwa, nie obchodzę urodzin, imienin, ślubów czy pogrzebów.
Przytulam polne kwiaty i ugłaskuję niespokojną wodę w strumieniu.
Proza życia – jak oprawca w masce mnicha – próbuje mnie rozgrzeszać z najczulszych mych pragnień.
W jednej chwili pakuję plecak i wyrywam się – wilkiem – z zabójczej wnyki. Wychodzę sama w świat wielkich gór. Zanim na szlaki, to w tereny taternickie. Ocieram skórę. Wysysam oddechem powietrze. Wzbijam się ku skalnym wieżom. Zapadają noce. Biwakuję pod płachtami. Gotuję pierwsze wrzątki na palniku. Przysłuchuję się skwierczeniu. Oglądam złote światełka w dolinach. Świta. Rozsuwam płachty. Rzędami, spod mgieł, wychodzą pokraśniałe kolosy. Od promieni lśnią się tafle jezior, zastygłe w pieczarach dolin. Cień jeszcze nie opada ze skalnych załomów. Wiatr czesze mi włosy. Góry tak mądrze przemawiają ciszą. Są mą drogą. Odtąd drogą oczywistą.
Czym mnie tak zachwyciły? Co w sobie takiego mają?
A może one zawsze wpisane były w losy mojego życia? Może ktoś skazał mnie na wieczną wędrówkę?

Tam, wśród skalnych załomów, odkrywam i chłonę doskonałe piękno.
W doliny schodzę wypełniona siłą rzeczy najprostszych. Dziś, po latach spędzonych w górach, śmiało mogę powiedzieć, że doskonałością każdej wyprawy jest wrócić z niej szczęśliwym i żywym.
Rozpaliłam małe ognisko, obserwuję dwie roztańczone iskry.

Myślę o zapomnianych wędrowcach, ich duch – tam, wysoko – jest tak bardzo obecny, że niemal wyczuwalny pod dotykiem skały. Czasem boję się uwięzionego w szczelinie oddechu, schodzącej lawiny, obrywów skalnych, zerwanych lin, błędów. Więc czuwam – lecz, kiedy światło na górach daje znak, wstaję i idę.

Nie zawsze wysoko. Nie zawsze na sam szczyt. Potrzeba pchnie mnie nieraz w góry niskie. W krainę łagodności. Do przystani. Jej zapach to zapach trawy, zroszonej ciepłym deszczem. Z otchłani mgieł, wychodzą postaci, wypełnione buczynowym szeptem. Bory mają swą mowę. Zakwitłe kwiaty dotykają bosych stóp. Wśród wzgórz tętni harmonia człowieka z naturą. To miejsce wyjątkowych spotkań, wyłączonych z hybrydowej zależności. To miejsce tworzenia i współdzielenia się, przepełnione głosami i dźwiękiem gitar, których echo niesie się znad watr w zalesione głębie. Tu serce dochodzi do głosu; wieczorami przemawia trzask ognia i gwar rozmów, a przed świtaniem śpiewność ptaków.
Wsłuchujemy się w nienazwaną melodię świata roztok i zielonych polan, tam, gdzie tylko chciały nas zawieść tropy dzikich zwierząt…

Jestem Skazana.
Mój wyrok to dożywocie gór.

Co dnia, jak Ty, Ty i… pewnie Ty, zmagam się z górami, wyrastającymi na drogach mego losu.
Co dnia, góra-dół, przemierzam setki kroków schodami między pokojem, a pracownią, w której odpoczywam od paniki.
Co dnia marzę o górze, tej jedynej, wyśnionej, wyjątkowej, której być może nigdy nie zdobędę.
Co dnia coraz starsza, znaczona kolejnymi rytami na twarzy i życiorysie.
Powracam tęsknotą, cichą obecnością, niezauważalnie. Do ukochanych, groźnych, tajemnych, wabiących Tatr. Takie je kocham – są wybrane, upatrzone, z wszystkich gór, jakie widziały me oczy, najbardziej. Tam jest coś, czego nie potrafię nazwać. To moja pasja. Góry nigdy nie odpowiedzą mi na najważniejsze pytanie: Dlaczego? Jestem Skazana. To mój wyrok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *