Po szerokim szukaj świecie tego, co jest bardzo blisko…

W górach zawsze jest się kimś. Wędrowcem, wspinaczem, turystą, grotołazem, szerpą, mistykiem, właścicielem swojego plecaka, obserwatorem natury, miłośnikiem, potrzebującym, ratownikiem – a ponad to wszystko, kimś znacznie więcej… Kim? Na to pytanie każdy ma własną odpowiedź. Nie idziemy tam po cudzą prawdę. Wychodzimy w nie po własny ceremoniał, dumnie niosąc na szczyt swoje imię. Góry dają azyl bycia kimś, kogo można zdefiniować inaczej, niż definiuje nas małostkowy świat dolin. W dolinach wszystko, co mamy, możemy stracić w ciągu jednej chwili; bliskich, pozycję, szacunek, pracę, majętność, a nawet własne imię. W górach nigdy nie tracimy bycia kimś, kim raz się staliśmy. Turysta, któremu ktoś ukradnie plecak, nadal pozostaje turystą, choć okradzionym z plecaka. Wspinacz, który poniesie śmierć na wskutek odpadnięcia od ściany, na zawsze pozostaje wspinaczem, choć wspina się już gdzieś po drugiej stronie. Miłośnik, który raz pokocha góry, kocha je już na zawsze, bez względu na warunki, pogodę, trud, doświadczenia, a nawet wypadki. Ludzie, którzy ulegają poważnym wypadkom w górach, i tak w nie wracają, choćby mieli to zrobić na wózku, w nosidle, o lasce lub z czyjąś pomocą.

Historia tatrzańska zna całą rzeszę osób, które poniosły w Tatrach ciężkie wypadki, na wskutek których pozostają bezwładni, sparaliżowani, nie mają kończyn, lub ciężka choroba odebrała im szansę na to, co najbardziej kochają – ludzi, którzy mimo tych wszystkich małych piekieł, zgotowanych tam przez los, wrócili w góry. Bo tam jest ich miejsce. Tam jest ich świat. Ich szczęście.

A to historia wojowniczej Ani, która wiele lat temu wróciwszy ze wspinaczki w Tatrach, przebyła udar niedokrwienny mostu pnia mózgu, przez co jej ciało jest sparaliżowane. Mimo swej niewładności, tęsknie marzyła o powrocie na ukochaną górę, na Mnicha. Po latach zdobyła Mnicha, wniesiona na noszach pod jego ścianę przez ponad dwudziestu ludzi, a samą ścianę zdobyła, wisząc na specjalnie przygotowanym stelażu, utrzymującym jej ciało na plecach jednego z ratowników TOPR.

A to historia Kasi; byli tuż przed wejściem do jaskini, gdy od Świstówki zeszła lawina, porywając całą czwórkę. Wichura, siarczysty mróz, powalone drzewa, sceneria wydaje się być rodem z piekieł. Gdy ratownicy po dwóch godzinach docierają do zasypanej Kasi, ona już nie oddycha, jej ciało ma temperaturę 16,9 stopni Celsjusza, a serce właśnie przestało bić. Rozpoczyna się heroiczna walka o życie, walka która przecież skazana jest na kres – i wtedy zdarza się cud, o którym dziś mówi cały świat medycyny. Kasia żyje. Po miesiącach trudnej walki, opuszcza szpital, by jakiś czas później… powrócić w góry.

A to historia Krzyśka, którego porywa lawina w okolicy Mnicha. Krzysiek dzwoni do mnie, jest cały, udaje mu się wydostać z opałów i zejść do Morskiego Oka, lecz jego stan emocjonalny wskazuje na małą traumę. Jest roztrzęsiony. Nie wierzy w to co się stało. Przecież to zdarzyło się w miejscu, które kochał najbardziej na świecie. Kilka lat później to Krzysiek ratuje życie dziewczynie, którą lawina porywa z Rysów. Krzyśka spotykam w Pięciu Stawach. Na zewnątrz panują trudne warunki zimowe. On uśmiecha się. Gdy pytam go o tamte wydarzenia, spogląda z wiernością w stronę okien, za którymi widać pobliskie szczyty. Cieszy się, że jest w górach. Ma na sobie kurtkę, zimowe buty, a do plecaka przytroczony czekan. Szykuje się do wyjścia.

To może jeszcze historia 92-letniej babci. Nigdy nie widziała gór. Nigdy nie zaznała smaku podróży. Jest chora. Jest stara. Porusza się o chodziku. Zabieram ją w góry niskie, nad jezioro. Pierwszy raz w swoim życiu godzi się na taką podróż. Z wysiłkiem, z pomocą chodzika, noga z nogi, pokonuje kilkanaście metrów od samochodu do plaży, gdzie rozstawiony jest dla niej fotel. Siedząc, przyodziewa się kolorową chustką i długo patrzy na piękne wzgórza otaczające jezioro. W jej zszarzałych, starczych oczach iskrzy się maleńkie światełko. Zakochuje się w górach w wieku 92 lat. Pyta, czy to są te góry, w których się wspinam tak wysoko. Odpowiadam – z uśmiechem na twarzy – że tamte są wyższe, dużo wyższe, skaliste, trudniejsze. Opowiadam o urwiskach, przepaściach, żlebach, o ‘’latającym wagoniku’’, którym można wjechać na szczyt Kasprowego Wierchu. Babcia z niekrytym pragnieniem wyznaje, że chciałaby tam być, chciałaby wjechać na Kasprowy Wierch, chciałaby wrócić w góry. Ma spuchnięte nogi po zaledwie kilkugodzinnej przejażdżce, którą spędza cały czas w pozycji siedzącej. Mimo starczego wieku, mimo chorób, mimo ułomności fizycznych, bólu, trudu, w jej sercu rodzi się upór, by – pod prąd – trwać w swym marzeniu. I choćby świat cały próbował jej wybić to marzenie z głowy, to przecież jest jej marzenie; być może dla niej samej ważniejsze od wszystkich tych lat, od trudu, od wyrzeczeń. To przecież jej marzenie – nie świata. To przecież jej spuchnięte nogi – nie świata.

W górach zawsze jest się kimś zdefiniowanym inaczej. One nie sytuują nas w schematach, których doświadczamy w dolinach. Raz pokochane góry, w sercu zostają na zawsze, a determinacja, by mimo wszelkich barier piąć się na szczyt, zdaje się przekraczać najśmielsze możliwe granice umysłu ludzkiego, które tutaj, w dolinach wydają się niemożliwe do przekroczenia. W górach nie istnieje coś takiego, jak początek i koniec. Gdy zakochujemy się w górach, mamy wrażenie, że one zawsze żyły w naszym sercu, a ich spotkanie i pokochanie było tylko kwestią czasu. Gdy zaś ktoś zginie w górach, mówi się – jakkolwiek tragiczna byłaby to śmierć – że przecież zginął w miejscu, które kochał. Być może nie bez powodu właśnie tak się mówi.

Wybitny himalaista i wspinacz, człowiek legenda – Wojtek Kurtyka – twierdzi, że wspinanie rozgrywa się w samotnej przestrzeni poszukiwania własnej godności.
‘’I odpadłem od ściany. Widok krwawiących, doszczętnie ogołoconych ze skóry palców przypomniał mi skrwawione oko mojego tatrzańskiego przyjaciela Teddiego, który niegdyś oślepiony krwią po niebezpiecznym odpadnięciu, mylnie sądząc, że stracił oko, wykrzyknął: ‘’O Boże, straciłem oko!’’ – A po chwili z gniewem: ‘’Ach, pieprzyć to, będę się wspinał z jednym okiem!’’.

Któż z nas nie słyszał tych starych prawd o górach?

Że one nigdy nie wybaczają błędów. Że są stosem kamieni. Że są niebezpieczne. Że są cmentarzyskiem tych, którzy je bardzo ukochali. Że są milczące. Że górska śmierć jest nieodłącznym elementem górskiego życia.

Lecz z górami jest też tak, że są wolnością, marzeniem, miłością, kto w górach cierpiał i był szczęśliwy – nigdy się z nimi nie rozłączy, bo przyjaciela nie opuszcza się nawet wtedy, gdy jest bryłą lodu.

Góry… góry… góry… Ach, góry.

Choć jest to miłość jednostronna, ryzykowna, wymagająca, często opatrzona ranami, diagnozuje nas i doświadcza – odkrywa jednak przed nami pewną przestrzeń wtajemniczenia w sprawy pozafizyczne i pozazmysłowe, sięgające w głąb duchowości, z potrzeby odkrycia skarbu własnego serca, wbrew wszelkim przeciwnościom losu, nierzadko pod prąd rwących rzek, pod górę kruchych żlebów, nad urwisko stromych zdarzeń.

Przypomniała mi się tu stara, piękna bajka o Koziołku Matołku i moim ulubionym odcinku – Złotym Szlaku.
W Pacanowie kozy kują, więc koziołek, mądra głowa, błąka się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa. Właśnie nową zaczął podróż, by ją skończyć w Pacanowie, a co przeżył, i co widział niech ta bajka Wam opowie…

Koziołek, przemierzając zimowe bezkresy górskie odległych kontynentów, spotkał na swej drodze Świętego Mikołaja jadącego w zaprzężonych saniach. Mikołaj zaproponował Koziołkowi podwózkę, i tak znaleźli się w małym miasteczku, w którym ludzie żyli z wydobywania złota w pobliskiej kopalni. Koziołek wybrał się z łopatą i kilofem w poszukiwaniu własnego skarbu, a po drodze spotkał dwóch łotrów, którzy nie chcąc umożliwić Koziołkowi jego poszukiwań, stojącą nieopodal beczkę spuścili mu pod nogi. Beczka roztrzaskała się, a dwa drewienka przyczepiły się do kopytek Koziołka i pociągnęły go w dół po stromym zboczu. Rozpędzony Koziołek coraz bardziej oddalał się od wioski, w której był jego upragniony skarb. Wtedy na jego drodze stanęły trzy potężne wilki i ruszywszy za nim w pogoń, wystraszyły Koziołka. Ten, uciekając, dojechał do niewielkiej, drewnianej chatki, położonej w środku gór, przeprawił się przez zaspy śnieżne i zapukał trzykrotnie, lecz ponieważ nikt nie otwierał Koziołkowi drzwi, postanowił chwycić klamkę i zajrzeć do środka. Chatka okazała się być opuszczona i stara; idealnie nadawała się na schronienie dla koziołkowatego wyrzutka. W tym czasie w wiosce, gdzie mieściła się kopalnia złota, dwóch łotrów nadal czyhało na łatwy łup. Zauważyli oni człowieka, któremu udało się wykopać mały rąbek złota. Naradziwszy się, zaczaili się z rewolwerami i wykorzystując chwilę jego nieuwagi, okradli go, założyli narty i nawiali w wysokie góry.
Koziołek sprzątał właśnie opuszczoną chatkę z kurzów i pajęczyn, gdy w jej roku odkrył niewielką, błękitną puszkę. Zajrzał ciekawie do środka i odkrył tam mapę Złotego Szlaku. Mapa była duża, więc Koziołek postanowił rozwiesić ją na ścianie. Siedział i dumał, wpatrując się w rysunek mapy, przedstawiający wielką zieloną polanę, którą przecinała wstęga rzeki, spływająca z ośnieżonych, wysokich, górskich zboczy. Nieopodal źródła rzeki dostrzegł wielki wodospad zaznaczony X- em, i strzałkę, wskazującą w głąb wodospadu. Gdy tak dumał i przechadzał się w kółko po niewielkiej izbie opuszczonej chaty, wszedł niechcący w ścianę, na której rozwiesił wcześniej mapę, a ta okazała się być magiczną mapą i przeniosła go wprost do tajemniczego wodospadu. Koziołek wspinał się po grzędach skalnych wzdłuż spienionych kłębów spadającej z nich wody, aż dotarł do punktu, który na mapie oznaczony był X-em. Przyjrzał mu się uważnie, gdyż miejsce to było niebezpieczne i mieściło się za ścianą spadającej wody. Wtem Koziołek wygłówkował, że ze strzałki wskazującej w głąb wodospadu, zrobi dźwignię i odsunie w ten sposób ścianę wody, by bezpiecznie wejść do mieszczącej się za nią groty. Struchlał z niedowierzania, gdy w ciemnym wnętrzu jaskini jego kozłowatym oczom ukazało się mnóstwo złota. Dzięki temu, że Koziołek wspinał się pod prąd, poszukując swego skarbu w najtrudniejszych i najbardziej niedostępnych miejscach, stał się prawdziwym odkrywcą. Od tej chwili, w pocie czoła, przemierzał kilkukrotnie Złoty Szlak w jedną i w drugą stronę, znosząc własnymi kopytkami złoto z górskiej groty do opuszczonej chatki w dolinie. Gdy już zniósł cały swój skarb, do chaty dotarło dwóch łotrów, ukrywających się za kradzież w kopalni – i wciąż łasych na łup. Koziołek chciał ochronić swój skarb, lecz jeden z łotrów wyrwał deskę ze ściany chaty i ruszył na niego, chcąc odebrać mu wszystko, co zdobył. Gdy Koziołkowi udało się obronić, ruszył drugi łotr. Ten był jeszcze groźniejszy, bo miał w ręku dwa rewolwery. Koziołek trząsł się ze strachu, ale nie poddał się; odepchnął łotra swymi koźlimi rogami. Wtedy rozwścieczeni złodzieje ruszyli wraz na niego i przegonili z opuszczonej chatki. Gdy go dorwali, Koziołek rzucił w nich śniegiem, a Ci tak mocno kichnęli, że ten sturlał się z górki i wpadł z powrotem wprost do chatki. Łotrzy, nie dając za wygraną, pragnąć okraść Koziołka z jego skarbu, rozpędzili się z wszystkich sił i runęli w drzwi, wyrywając z nich deski. Ich pęd był jednak tak szybki, że nie zdążyli wyhamować i wpadli na ścianę z wiszącą mapą – a przenikając w jej magiczny świat, zniknęli w dali horyzontu. Koziołek zdjął pośpiesznie mapę ze ściany, schował w błękitnej puszcze i odłożył. Potem spakował swój skarb i wyjechał do Paryża, gdzie odnalazł siedzibę UNESCO i tak rzekł, wchodząc do środka: ‘’Daję złoto i powiadam: to złoto co tak się świeci, niech zostanie przeznaczone na szkołę dla wszystkich dzieci’’.

Westchnął cicho nasz Koziołek, i popędził biedaczysko, po szerokim szukać świecie, tego, co jest bardzo blisko…

Więc, jeśli kiedyś spotkacie na swej drodze Koziołka, wpatrującego się w mapę, wiedzcie, że to wyjątkowy Koziołek z wyjątkową mapą. Nie okradnijcie go z jego skarbu. Niech będzie szczęśliwym Koziołkiem, szukającym tego, co jest bardzo blisko.

Gdy zaczynałam swą przygodę z pisaniem dla Was o górach, jedną z pierwszych opowieści była ta dotycząca jesiennego zachodu słońca. I właśnie jej fragmentem pragnę zwieńczyć ten wpis.

”One wyniosłe, strzeliste, sterczące nad moją głową, jak nieme posągi. To te góry, których rysy wpadają swym surowym kształtem prosto w źrenice. Nigdy nie będą smakować tak samo, choćby minął szmat czasu, a skóra spłowiała w marszczeniach podobnych do tych, co je tak precyzyjnie na tafli stawu rysuje wiatr. Ich smaku nigdy nie można doświadczyć w pełni. Zawsze pozostaje ten cudowny, dwuznaczny niedosyt. Na szczycie nawet najwybitniejszej góry człowiek nie znajdzie prawdziwego zachwytu, jeśli nie otworzy się na to piękno już podczas drogi nań wiodącej. Ono tkwi w nas – we mnie i w Tobie, w ludziach kochających naturę. Stanowi obraz relacji z własnym wnętrzem, czasem długo dojrzewającym, by po latach wreszcie osiągnąć pełnię.”


Odnalazłam je w prozie zwykłych i niezwykłych dni. Bardzo je ukochałam. Dlatego spędziłam te wszystkie lata w górach. Stały się moim wyrokiem. Nie żałuję.

A Ty… czy po szerokim szukasz świecie tego, co jest bardzo blisko…? Wróć czasem na tego bloga. Sięgnij po zostawione tu dla Ciebie słowa. Zdejmij z nich kurz. Otwórz swą mapę.

👋👋👋

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *